Kapsztad i pingwiny
Rano pojechaliśmy taksówką na lotnisko. Mieliśmy samolot do Kapsztadu. Niestety lot opóźnił się o ponad 30 minut. Lecieliśmy linią British Airways i myśleliśmy, że nie dostaniemy nic do jedzenia tak jak na przelocie w Europie, ale myliliśmy się. Dostaliśmy pyszny lunch i było to w cenie lotu!
Po przylocie pojechaliśmy do wypożyczalni samochodów. Pan, który nas obsługiwał wyjątkowo się sprężył i wypożyczenie zajęło nam tylko 30 minut.
Nowym samochodem ruszyliśmy w drogę na przedmieścia Kapsztadu. Nawigacja źle nam zadziałała i poprowadziła nas przez slamsy. Jadąc samochodem z przerażeniem patrzyłam na najbardziej biedną dzielnicę miasta. Wyglądało to strasznie. Domy były zrobione z blachy, a wokół nich było mnóstwo śmieci i spalonych przedmiotów. Ludzie stali przy ogniskach i grzali się, bo na zewnątrz było dość zimno.
Na szczęście po dość krótkim czasie wyjechaliśmy z tej dzielnicy i pojechaliśmy drogą nad wybrzeżem Oceanu Indyjskiego, wprost na plażę pingwinów. Gdy po przyjeździe i wejściu na szlak dostrzegliśmy cztery pingwiny zaczęłam z bratem podskakiwać z podekscytowania, jednak gdy poszliśmy dalej okazało się, że nie tylko te cztery pingwinki zamieszkują to przepiękne miejsce.
Kiedy wyszliśmy na plażę zobaczyliśmy na niej kilkadziesiąt pingwinów. Akurat trafiliśmy na moment kiedy rozdzą się młode i dorastają trochę starsze osobniki.
Pingwiny pochodziły tak blisko kładki, po której szliśmy, że były na wyciągnięcie ręki.
Tej nocy spaliśmy w takim mieszkaniu gdzie czuliśmy się jak u siebie w domu.








Kochana blogerko, 23 lipca są Twoje urodziny. Wszystkiego najlepszego, wspaniałych wrażeń i następnych niesamowitych podróży.
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo za życzenia 😃
OdpowiedzUsuń